Prawnicy

W dzisiejszych czasach normą jest, że większe kancelarie mają własne działy tłumaczeń, korzystające czasem z pomocy wyspecjalizowanych tłumaczy zewnętrznych, takich jak ja (choć oczywiście nawet w tym gronie specjalistów większość osób nie ma wykształcenia prawniczego). Truizmem jest stwierdzenie, że doradzanie klientowi i reprezentowanie jego interesów wymaga komunikowania się z nim w języku, który on rozumie (w kontekście sądowym czy administracyjnym jest to zresztą warunek rzetelności postępowania). Wymaga też zrozumienia sensu, istoty tego, czym klient się zajmuje — przede wszystkim kontekstu biznesowego.

W „sieciówkach” codzienną sytuacją jest tłumaczenie setek stron pism i załączników na potrzeby postępowań arbitrażowych toczących się po angielsku za granicą (czy nawet w Polsce) i udziału trzymających rękę na pulsie strategicznych klientów biznesowych w postępowaniach toczących się przed polskimi sądami i organami. Czasem Strasburg, czasem TSUE. Czasem jakiś sąd w Indiach, Londynie, Izraelu czy właściwie w dowolnym miejscu na ziemi, bo nie zawsze i nie na każdym etapie reprezentują klienta lokalni prawnicy, a jeśli reprezentują, to potrzebują tłumaczeń polskich dokumentów.

Takim prawnikom najczęściej nie trzeba wprowadzeń — sami wiedzą, że potrzebują tłumaczeń i że potrzebują ich jak najlepszych, a często „na wczoraj”. Znają pracę tłumacza, bo sami często muszą ją wykonywać — częściej, niżby chcieli i powinni, zamiast móc zająć się swoją właściwą pracą. Jest tak oczywiście dlatego, że na rynku po prostu brakuje wykwalifikowanych tłumaczy będących w stanie zaspokoić ich potrzeby i za nimi nadążyć. Dlatego już szukają takich osób jak ja, a moja rola sprowadza się tutaj do tego, aby wyjść naprzeciw i dać się znaleźć.

Moje tłumaczenia dla kancelarii prawnych dotyczą nie tylko spraw klientów — tłumaczenia dla nich pism procesowych, orzeczeń, uzasadnień, opinii prawnych, porad, raportów, załączników, ustaw, rozporządzeń, komentarzy, projektów umów itd. — lecz również działalności samej kancelarii i życia zawodowego samych prawników. Notki biograficzne, artykuły sponsorowane, oferty na usługi prawne, teksty na strony internetowe — takie rzeczy też tłumaczę. Może właśnie szczególnie na przykładzie takich tekstów osoba mająca kontakt z „natywnym” rynkiem angielskim czy amerykańskim wyraźnie dostrzeże różnicę między tłumaczeniem, jakie otrzymuje zazwyczaj, a takim, jak taki tekst rzeczywiście powinien wyglądać.

Będący moimi klientami prawnicy to nie są osoby nieradzące sobie z angielskim. To często osoby, które same są w stanie lepiej wykonać tłumaczenie prawnicze niż przeciętny tłumacz i to właśnie dlatego są w stanie docenić dobre tłumaczenie. Z mojej pomocy korzystają dlatego, że chcą zmaksymalizować efekt albo… po prostu nie mają czasu, nie chcą tym się zajmować. Są przecież prawnikami, a nie tłumaczami. Ich właściwe zadania polegają na czymś innym. Kiedy ja przejmuję tłumaczenie, prawnik odzyskuje czas na normalną pracę — zamiast zarywania nocy nad tłumaczeniami, może je zarywać nad tworzeniem kolejnych pism.

Oprócz praktyków, silną grupę wśród moich klientów stanowią przedstawiciele doktryny — profesorowie prawa i czasem nieco młodsi uczeni, czasami przedstawiciele pokrewnych zawodów i nauk pomocniczych prawoznawstwa, autorzy opracowań interdyscyplinarnych (m.in. historycy, językoznawcy — juryslingwiści, architekci, osoby o podwójnym wykształceniu). Artykuły i monografie dotyczą dziedzin dogmatycznych, prawa międzynarodowego, teorii, filozofii i historii prawa, sięgając czasem do średniowiecza i antyku, czasem na inne kontynenty, nie wspominając o większości europejskich systemów prawnych (nie tylko zachodnich) i prawie unijnym. Nie boję się również prawa kanonicznego.