Budownictwo i nieruchomości

W pierwszym dziesięcioleciu pracy w zawodzie tłumacza do najczęściej tłumaczonych przeze mnie tekstów należały SIWZ-y z zamówień budowlanych, wymagania zamawiających, wymogi techniczne, zaproszenia do składania ofert itp. itd., czyli, słowem, wszystko, co dotyczyło przetargów na budowę i rozbudowę obiektów — głównie w energetyce, często w transporcie (drogowym i kolejowym), czasem w innego rodzaju infrastrukturze, czasem w budownictwie mieszkaniowym i usługowym. Potem doszły umowy deweloperskie z nabywcami i bankami. Czasem tłumaczenie przepisów państwowych, czasem regulaminów BHP, czasem rzeczy związanych z planowaniem przestrzennym i warunkami zabudowy, a nawet ekologią i zarządzaniem obszarami chronionymi, zarządzaniem kryzysowym na wypadek (i w wyniku) klęsk żywiołowych i innych niepożądanych zdarzeń przyrodniczych.

Do pewnego poziomu „techniczności” tłumaczyłem również nie tylko części interdyscyplinarne dokumentacji, lecz także załączniki wprost techniczne. Charakterystycznym momentem było zorientowanie się przy którymś dużym projekcie zespołowym, że właściwie to ja robię technikę, a prawem i finansami zajmuje się ktoś inny. Szef — inżynier będący jednocześnie filologiem (takie cuda się zdarzają) — wyjaśnił, że nie chciał „nowym” dawać tekstów wymagających orientacji w branży i działalności klienta, musieć wdrażać ich w terminologię, a ze zwykłą papierologią jakoś sobie poradzą. Tak było po prostu bardziej sensownie.

Skończyło się na tym, że byłem w stanie po prostu „ogarniać” całe zamówienia albo duże ich części samodzielnie, od profilu gleby przez trasy kablowe i kontrolę dostępu po niuanse warunków kredytu i ubezpieczenia, co pozwalało klientom szybko i sprawnie, mówiąc potocznie, robić te obszerne dokumenty jednym tłumaczem, często zresztą w bardzo krótkich terminach, nieosiągalnych dla normalnego tłumacza. Takie przesunięcie granic wykonalności wynikało z połączenia wykształcenia prawniczego i mocnej specjalizacji w tekstach prawniczo-administracyjnych z doświadczeniem w wykonywaniu tłumaczeń już właściwie technicznych (również w dziedzinach dotyczących działalności firm i instytucji, którym budowano obiekty) i doświadczeniem ogólnym, zahartowaniem w tłumaczeniowych bojach, przygotowującym na różnego rodzaju niespodzianki (a w odpowiednio dużym tekście zawsze coś się pojawi).

W historii mojej praktyki zawodowej tego rodzaju tłumaczenia idą w tysiące stron — i wciąż mam ochotę na tysiące kolejnych. Praca w tej branży daje mi dużo satysfakcji, być może dlatego, że wiąże się bliżej z gospodarką realną, w której człowiek dostrzega efekty pracy własnych rąk. Oczywiście ja wciąż tłumaczę teksty, a nie projektuję budynki, przycinam belki i wylewam beton (na przykład), ale mimo wszystko jest to coś innego niż piramidy finansowe i instrumenty pochodne piątego stopnia przelewane w tę i we w tę w obrocie czysto wirtualnym.

Tłumaczyłem też związane z nieruchomościami teksty o charakterze bardziej marketingowym, PR-owym, związane z obrotem nieruchomościami i promocją turystyki, wymagające lekkiego pióra i wiedzy ogólnej (np. turystyka może łączyć się z architekturą historyczną, z historią regionu), jak również teksty naukowe na styku architektury z prawem (nie tylko administracyjnym).

Trudno również nie wspomnieć o — zapewne oczywistych ze względu na profil działalności — tekstach typowo prawniczych dotyczących różnych postępowań związanych z nieruchomościami, przede wszystkim w prawie administracyjnym i cywilnym.