Korporacje

Korporacja, jak każda firma, z reguły zajmuje się czymś konkretnym — energetyką, budownictwem, informatyką, usługami doradczymi itd. Ściśle rzecz biorąc, „korporacja” znaczy po prostu „spółka kapitałowa”, ewentualnie „podmiot zbiorowy”. Specyfika tłumaczeń dla korporacji polega właśnie — oprócz najczęściej dużo większej skali działalności niż typowego MŚP — na tych różnych aspektach działalności spółek prawa handlowego i powiązań między nimi, aż po wielopoziomowe grupy kapitałowe działające w kilkunastu-kilkudziesięciu jurysdykcjach.

Struktura własnościowa, obrót udziałami, działalność organów, raporty, sprawozdania, odpowiedzialność społeczna, manewrowanie między różnymi interesariuszami wewnętrznymi i zewnętrznymi, nieco skomplikowany świat polityk korporacyjnych i różnych regulacji wewnętrznych oraz złożone relacje z regulatorami branżowymi (cały compliance), inwestorami, podmiotami dominującymi i zależnymi — to jest ta korporacyjna codzienność, przerywana od czasu do czasu megasporami liczącymi sobie po kilkadziesiąt postępowań wpadkowych.

Poszukując tłumacza do tekstów korporacyjnych, warto postawić na osobę, która się w tym wszystkim orientuje i ma odpowiednie podstawy do zajmowania się tłumaczeniami prawniczymi i ekonomicznymi, najlepiej pewną orientację w odnośnych branżach i obszarach działalności, a jednocześnie umie posługiwać się słowem pisanym w taki sposób, aby trzymać poziom i przynosić korzyść marce, zamiast ją osłabiać. Osoba po studiach prawniczych lub ekonomicznych (do wyboru zależnie od konkretnych potrzeb) będzie mądrym wyborem.

Dla korporacji tłumaczenia są trochę jak substancje krążące w krwiobiegu: wszystko to, co dany tekst ma osiągnąć, osiąga sprawniej, jeżeli jest przetłumaczony lepiej, niż jeżeli jest przetłumaczony gorzej. Znaczenie ma tu nie tylko warstwa terminologiczna, lecz również komunikatywna tłumaczeń — umiejętność komunikowania się jasno, sprawnie, skutecznie, z nastawieniem na cel i z uwidocznieniem wartości, którymi firma się kieruje, w nawiązaniu do tożsamości jej marki i do propozycji sprzedażowej, do pozycjonowania na rynku. A korporację stać na to — jeśli chce — aby wyłowić z rynku talent i może ona pozwolić sobie na współpracę z najlepszymi, unikając rozwiązań nieoptymalnych.

Wszystko to, co robisz przy pomocy tekstów pisanych — zarządzanie, koordynacja, kontrola, komunikacja, relacje z klientami, całość działania organizacji poza nieprotokołowanymi rozmowami ustnymi — przy pomocy dobrych tłumaczeń robisz skuteczniej. Oczywiście wiele rzeczy lepiej jest zostawić po angielsku, nie warto ich tłumaczyć na polski, jednak: (i) w drugą stronę już to nie działa i (ii) jeśli w ogóle tłumaczyć, to lepiej lepiej niż gorzej.

Specyfika wykształcenia i doświadczenia umożliwia mi również sprawną odpowiedź na inną potrzebę korporacji: tłumaczenia obszernych tekstów w krótkich terminach, co czasami oznacza nawet pracę w sobotę lub w godzinach nocnych, przy zachowaniu jak najwyższej jakości. Jednoosobowo.

Dlaczego wspominam o jednoosobowości? Dlatego, że nie sztuka znaleźć agencję, która obieca przetłumaczenie np. opinii prawnej, statutu spółki czy prospektu emisyjnego na drugi dzień, nawet w stawce jak za normalny termin czy w ogóle z rabatem, a potem podzieli to na 10 osób, których zresztą może szukać przez połowę tego terminu — przy czym niekoniecznie najlepszych, a raczej tych, którzy akurat będą wolni i którzy zgodzą się pracować w nocy nie dość, że bez premii za nadgodziny, to jeszcze z altruistycznym rabatem po to, aby taki pośrednik mógł się rozwijać (i dalej robić to, co robi, tak jak robi).

… Natomiast stawiając na konkretnie wybranego przez siebie tłumacza, który wiesz, że ma wystarczające kwalifikacje, aby wykonać takie tłumaczenie w takich warunkach, możesz uniknąć tego problemu „zasłony korporacyjnej” pośrednika i gry w ruletkę podwykonawców, o których jako klientowi nic Ci nie wiadomo, a czasem nawet otrzymujesz informacje wprowadzające Cię w błąd, po to, aby skłonić Cię do powierzenia zlecenia tej firmie, a nie innej.

Możesz też wyróżnić się na rynku. Jest tak dlatego, że wiele korporacji i dużych firm przy zlecaniu tłumaczeń stawia przede wszystkim na taniość. Jest tak z różnych powodów:

  • Czasem chodzi o to, że ktoś się łudzi, iż sam efekt potężnego brandu spowoduje, że ludzie będą chcieli dla niego pracować choćby za pół darmo, aby tylko móc powiedzieć, że dla niego pracowali — albo i nie móc nawet tego, bo zakaże im NDA, jak gdyby lepiej było zarabiać np. 4000 zł miesięcznie na pracy dla potężnych i rozpoznawalnych marek niż 6 czy 8 tys. na pracy dla mniejszych i słabszych podmiotów. Życie uczy, że ludzie wybierają pracę w korporacji raczej z wprost przeciwnych powodów, a brakiem rozsądku jest zakładać, że co innego dotyczy dostawców i podwykonawców.
  • Czasem z kolei menedżer może liczyć na premię za oszczędności kosztowe, której nie będzie musiał zwrócić, jeśli zakupiona usługa okaże się kiepska — a on będzie mógł udawać głupiutkiego, że niby uwierzył w najeżony obietnicami marketing usługodawcy, którego wybrał na zasadzie „sortuj od najniższej ceny”. Dotyczy to nawet ekonomistów piszących książki o tym, dlaczego nie należy w ten sposób postępować.
  • Część ma nad sobą szefa, który wybaczy nieudolność, w tym przesadnie ryzykowne oszczędności, ale nie wybaczy choćby pozoru rozrzutności, a nie patrzy racjonalnie na stosunek jakości do cen i na wartość dodaną, gdzie dodatkowo dochodzić mogą jakieś czynniki psychologiczne, które szkoda dnia, żeby analizować. Po świecie chodzą ludzie, którzy są gotowi wydać 100.000 zł na program ograniczający koszty o 50.000 w całym cyklu projektu albo ograniczyć zwrot z inwestycji o 50.000 zł po to, aby zmniejszyć jej koszty o 1000 zł.

Tak więc wiele firm — może nawet większość — będzie uparcie trzymać się jak najtańszych tłumaczeń, według zasady „dobre tłumaczenie to tłumaczenie przede wszystkim tanie”, a potem będzie dziwić się, dlaczego teksty nie spełniają pokładanych w nich oczekiwań, dlaczego kolejni dostawcy rozczarowują, a klienci nie mają pozytywnego stosunku do marki, w komunikacji zaś co i raz zdarzają się kosztowne nieporozumienia. Ty zaś i Twoja firma możecie pójść w przeciwnym kierunku i wyróżnić się przez dobre tłumaczenia, wygrywając w konkurencji z „januszem”, który przegra na własne życzenie. Im bardziej firma „janusza” „januszuje”, a Twoja podchodzi poważnie do tematu, tym większy dystans między Wami — zwiększa się on podwójnie, w miarę jak obie firmy oddalają się od średniej w przeciwnych kierunkach.

Wykorzystaj to. Wyprzedź janusza do serc i umysłów klientów, do ciekawej niszy rynkowej, do pozycji lidera w swojej branży czy na swoim terytorium, zbuduj silniejszą markę, działaj skuteczniej, sprawniej, bardziej „rigczowo”, nie tylko z lepszymi wynikami, lecz i bardziej komfortowo, nie musząc się już męczyć z tanimi tłumaczeniami.