Biura tłumaczeń

Prowadząc biuro tłumaczeń, pragniesz przede wszystkim jednego: powracających, zadowolonych klientów i możliwie bezproblemowej, bezkonfliktowej pracy na co dzień. Doskonale to rozumiem, zresztą moje własne pragnienia jako tłumaczenia wcale nie są krańcowo odmienne. W naszej współpracy ułatwiam Ci życie przez dotrzymywanie terminów (ogólnie dotrzymywanie słowa i bycie przewidywalnym, czasem do bólu), rozwiązywanie problemów samodzielnie zamiast przerzucania swojej pracy na PM-a lub klienta przez zadawanie pytań, a jednocześnie zachowanie tego wyczucia, żeby — jeśli trzeba — jednak zapytać, raczej niż na własną rękę coś schrzanić. A także przez przyjazny i możliwie bezstresowy kontakt. Z większością PM-ów zaprzyjaźniamy się, natomiast to nie jest tak, że nie współpracuje nam się dobrze z osobami, które wolą skupić się na pracy i zachować pewien dystans, bardziej oficjalną stopę kontaktu. Kontakt robi się stresujący dopiero w momencie, w którym korektor zaczyna wstawiać błędy gramatyczne w swoich poprawkach, native zaczyna tworzyć coś, co nie ma wiele wspólnego ani ze znaczeniem tekstu polskiego, ani z prawidłową czy naturalną angielszczyzną, ewentualnie okazuje się nie być jednak nativem (czy też native deklarujący narodowość brytyjską zmieniać pisownię brytyjską na amerykańską w tekście oznaczonym EN-UK), kiedy do tłumaczenia na polski trafia „angielski” z Google Translatora albo od osoby znającej język na poziomie A2, kiedy prawnik od klienta przesyła piętnastą wersję tekstu w trackach (albo i bez tracków) w ciągu jednego popołudnia, kiedy jakiś dyrektor marketingu nieumiejący pisać po polsku zaczynać nadsyłać poprawki albo VIP po trzyletnim lektoracie na studiach na całkiem poważnie zgłaszać propozycje dotyczące warstwy stylistycznej tekstu w języku obcy, ewentualnie ktoś żąda pracy na pliku, do którego nie jest w stanie podać hasła. Itp. itd. — przykłady z życia, bo niestety wiemy, że nasza branża i współpraca z tłumaczami niestety przyciąga przypadki momentami zgoła psychiatryczne. W takich opisanych wyżej sytuacjach staram się, aby kontakt był stresujący raczej dla takiego delikwenta niż PM-a, natomiast oczywiście dużo tu zależy od postawy samego biura. Z PM-em, który takim zachowaniom i sytuacjom stawia tamę, umie i przede wszystkim chce wyznaczać granice — współpracujemy świetnie. Z firmą, która jest nastawiona na realizację nawet najbardziej absurdalnych żądań — na przykład byłaby gotowa nawet przyjmować poprawki stylistyczne na tekście polskim od cudzoziemca, który polskiego uczy się od roku, rezygnować na żądanie zagranicznego biznesmena z odmieniania polskich wyrazów przez przypadki, bo on jest nieufny wobec zmieniających się końcówek, wprowadzać zmiany na żądanie kogoś, kto zgłasza reklamację, bo Google Translate przetłumaczył inaczej, bo w słowniku na pierwszym miejscu podany jest inny wyraz, bo liczba słów jest inna — przestajemy współpracować. Oprócz różnicy jakości, którą Twoi klienci zdecydowanie zauważą i docenią, współpraca ze mną ma też tę zaletę, że jestem w stanie duże teksty ogarniać w całości jednoosobowo w krótkim terminie, co ma duże znaczenie w przypadku klientów takich jak kancelarie prawne, urzędy państwowe, korporacje, a czasem uczelnie. Korzyścią jest to, że nie trzeba tych tekstów dzielić na wiele osób, a potem scalać (albo i nie), co oznacza, że można przetłumaczyć je porządnie, bez robienia fuszerki. Nie trzeba też na gwałtu rety organizować rekrutacji przypadkowych osób ani dzwonić do połowy książki telefonicznej, aż się w końcu wszystko uda rozdysponować. To bardzo ułatwia życie. Nie będę natomiast idealnym kandydatem do pracy zespołowej, zwłaszcza wymagającej bieżącej koordynacji, umożliwienia komuś aktywnego udziału w procesie tłumaczenia. Nie będę się nadawać do projektów typu „glosariusz należy stosować nawet wtedy, kiedy zawiera ewidentne błędy albo ekwiwalent nie pasuje do kontekstu”, „jeśli klient zagraniczny nie życzy sobie odmieniać wyrazów polskich przez przypadki, to nie odmieniamy” itd. Będę też kiepskim wyborem dla biura konkurującego głównie niską cenę i wywierającego dużą presję cenową na tłumaczy. Można powiedzieć, że reprezentuję alternatywę dla konkurowania wyłącznie niskimi cenami i krótkimi terminami. Jestem takim tłumaczem, z którym współpraca umożliwia Ci oparcie działalności biura na czymś innym i zdobycie takich klientów, z którymi pracować chcesz, a nie musisz. Uniezależnienie się od konieczności przytakiwania ludziom, którzy lekarza uczą medycyny, prawnika prawa, inżyniera techniki, księdza teologii itd., mimo że danej dziedziny nigdy poważniej nie zgłębiali, czyli zapewne mają dar wiedzy wypływającej z wewnętrznego źródełka niewymagającego zewnętrznej weryfikacji… A do tego oczekują stałej promocji i coraz to nowych rabatów. 😉 Cały ten toksyczny świat dzisiejszej branży tłumaczeniowej (zwłaszcza w jej niskobudżetowych segmentach) możesz zostawić za sobą. Aby skorzystać z tej szansy, nie możesz jednak ulegać nawykom branży takim jak maksymalne zaniżanie stawek i skracanie terminów oraz przytakiwanie we wszystkim i zgadzanie się na wszystko, aż po korektę profesjonalnego tłumaczenia na hiszpański przez dyrektora sprzedaży, który dwa lata pracował z Włochami i trochę nauczył się ich języka i na tej podstawie — mimo braku widocznych uszkodzeń czaszki — czuje, że jego wkład przyniesie korzyść temu tłumaczeniu. Nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka. W którymś momencie trzeba wybrać w jedną stronę albo w drugą, na coś się zdecydować. Będzie mi bardzo miło, jeżeli zdecydujesz się na tę zdrowszą alternatywę — stopniowo, zaczynając po prostu od odrzucenia największych absurdów — i będziemy mogli współpracować. Jeśli już masz ten wybór za sobą, to koniecznie musisz do mnie napisać!