Przedstawiciel doktryny

T woje potrzeby różnią się od potrzeb praktyków. Oczywiście często jesteś również praktykiem i prowadzisz kancelarię prawną, w której sporządzasz również pisma procesowe, opinie i umowy, jak inni prawnicy. Na uczelni od czasu do czasu wymagają od Ciebie po angielsku wniosków grantowych, życiorysów do wszelkich możliwych zastosowań, autoreferatów do habilitacji itp. W działalności naukowej jednak — poza prowadzeniem wykładów i egzaminowaniem studentów oraz stałym pogłębianiem własnej wiedzy — przede wszystkim publikujesz artykuły i monografie, wygłaszasz referaty i składasz materiały konferencyjne.

Do takich zastosowań dalece niewystarczająca jest wiedza, jaką można uzyskać na krótkich komercyjnych kursach tłumaczeń prawniczych, a którą trudno nazwać prawniczą, choć przed ich uczestnikami roztacza się szerokie wizje. Jest powód, dla którego sam takich kursów nie prowadzę — nie chcę wpisywać się w marketing tych kursów i uczestniczyć w wywoływaniu w młodych ludziach wrażenia, że są przygotowani do czegoś, co wciąż ich jeszcze przerasta. Ciebie też byłoby trudno skłonić do prowadzenia półrocznego kursu na prawnika, na adwokata itd.

Nie wystarczy też poziom opanowania angielskiego i warsztat pisarski przeciętnego tłumacza, do jakiego można byłoby zwrócić się np. z umową najmu albo regulaminem sklepu internetowego, gdzie głównym i zasadniczo jedynym celem jest po prostu umożliwienie zrozumienia treści. Treści, która niekiedy odzwierciedla pewne węzłowe problemy praktyczne, ale daleko jej do analiz doktrynalnych.

Nie jest też, niestety, wystarczająca — a przynajmniej do osiągnięcia optymalnego efektu (bezstratnego tłumaczenia, naturalnej, idiomatycznej, potoczystej angielszczyzny oryginalnych dzieł prawniczych) — angielszczyzna z lektoratu na wydziale prawa ani wyuczona w życiowej praktyce czytania źródeł i prowadzenia zajęć w różnych językach europejskich.

Niejednokrotnie zresztą władasz angielskim na piśmie na takim poziomie, że dałoby radę na przyzwoitym poziomie tłumaczyć samego siebie albo pisać od razu po angielsku, czyli, nazywając rzecz po imieniu, na poziomie znacznie wyższym niż lwia część osób zajmujących się zarobkowo tłumaczeniem na język obcy, w tym specjalistycznych tekstów prawniczych (na które trafia się zwłaszcza przy poszukiwaniu możliwie najtańszych tłumaczeń — coś za coś).

… Natomiast Twój czas nie jest nieograniczony. Masz w życiu masę innych zajęć — następne projekty, kolejne granty do uzyskania, wydania lub rozliczenia, studenci, doktoranci, druga uczelnia, kancelaria poza uczelnią (a może praca w sądzie lub urzędzie), dzieci, a przecież przydałby się czasem urlop albo po prostu możliwość rzeczywiście wypoczęcia po pracy, zamiast wieczorami zmuszać mózg do tytanicznego wysiłku wtłoczenia ekspresji w ramy obcego języka i obcej kultury prawnej. Nawet najtwardsi nie są w stanie przez lata spać po cztery godziny na dobę bez zrujnowania sobie zdrowia.

Tak więc choć korzystanie z usług masowego rynku w Twoim przypadku faktycznie najczęściej nie ma sensu, bo znakomita większość tłumaczy nie ma wystarczających kwalifikacji, aby za Tobą nadążyć (z tego prostego powodu, że nie miała gdzie i kiedy ich zdobyć np. studiując filologię, a potem tłumacząc instrukcje do urządzeń, ulotki reklamowe, akty urodzenia, a może epikryzy, a może wszystko po trochu), niejednokrotnie ma też słabiej od Ciebie opanowany język, nie mówiąc już o wyrobieniu warsztatu pisarskiego, to zupełnie czym innym jest współpraca z tłumaczem rzeczywiście mającym takie kwalifikacje, jakich potrzebujesz — a nawet z pewnym zapasem.

Drogi przedstawicielu polskiej nauki prawa,

… dlatego też — z tych wszystkich powodów, które właśnie omówiliśmy — chcę Ci zaproponować coś zupełnie innego, niż proponuje Ci masowy rynek tłumaczeniowy, w zupełnie innym stopniu (o ile w ogóle można mówić o różnicy ilościowej, a nie jakościowej) odpowiadającego Twoim potrzebom.

Chcę Cię też poprosić o szansę, o możliwość współpracy z Tobą, ponieważ bardzo sobie taką współpracę cenię. Mam świadomość tego, że wiąże się ona z koniecznością zaufania i oprócz dużej osobistej satysfakcji traktuję ją też jak wyróżnienie. Jest tak po części dlatego, że sam miałem nadzieję na karierę naukową w zakresie prawa, zostało to jednak niestety przerwane (z przyczyn życiowych) na etapie między zakończeniem studiów doktoranckich a złożeniem pracy. Stąd też tłumaczenie artykułów i monografii pisanych przez inne osoby ma dla pewną unikalną, osobistą wartość emocjonalną, a w wielkim stopniu zaspokaja ciekawość intelektualną możliwość zajmowania się ambitnymi tekstami nie tylko w ramach jednej gałęzi prawa, jak byłoby przy własnej pracy.

Do tej pory tłumaczyłem opracowania dla kadry profesorskiej i innych uczonych w dziedzinie prawa cywilnego (w tym rodzinnego, opiekuńczego, spadkowego), konstytucyjnego, administracyjnego, karnego (różnych krajów europejskich), dyscyplinarnego (głównie medycznego), międzynarodowego publicznego, praw człowieka (tu tłumaczyłem również wyroki ETPCz), prawa procesowego (w tym ustroju sądów) oraz teorii, filozofii i historii prawa.

Dla praktyków piszących opinie prawne tłumaczyłem również prawo unijne, podatkowe, pracy, energetyczne, upadłościowe, konkurencji, zamówień publicznych i własności intelektualnej. Zamówień publicznych zresztą — przede wszystkim związanych z prawem budowlanym, często w energetyce i transporcie — dotyczy ogromna część moich tłumaczeń praktycznych (związanych branżowo z informatyką, łącznością, sektorem finansowym, pośrednictwem w zatrudnieniu, produkcją przemysłową, handlem międzynarodowym oraz szeregiem innych dziedzin). Miałem również okazję zetknąć się z kanonistyką i prawem dawnych epok.

Poza prawnikami tłumaczyłem również dla przedstawicieli, teologii, teorii literatury (w obszarach analizy dotyczących etyki i filozofii), historii (historii doktryn, myśli państwowej, ustroju, stosunków społecznych i rolnych itp.) i filologii (dla juryslingwistów zajmujących się zagadnieniami języka i przekładu prawniczego w odniesieniu nie tylko do krajów anglojęzycznych, lecz również m.in. Chin, Grecji, Węgier), a incydentalnie innych dziedzin.

W ostatnich latach, szczególnie w okresie pandemii (na temat jej wpływu na prawo też tłumaczyłem), zlecenia „profesorskie” stanowią ogromną część mojej pracy. W niektórych okresach wręcz przeważającą.

Warto też wspomnieć, że moje doświadczenie obejmuje również tłumaczenia związane z działalnością uczelni (projekty, granty, współpraca międzynarodowa), więc również i w tym obszarze mogę okazać się przydatny.

Na zakończenie ciekawostka — marketing prawniczy i PR. Czyli wersja „premium” przekładu takich rzeczy jak biogramy, opisy drogi zawodowej, prowadzonych spraw, działalności różnych podmiotów i osób, tekstów dotyczących relacji z różnymi podmiotami zainteresowanymi, organami władz, inwestorami itd. To również jest coś, co chciałbym zaproponować przedstawicielom doktryny oraz pracownikom uczelni, ponieważ zależy mi na sukcesie polskiej nauki prawa, jej międzynarodowym rozwoju, zyskiwaniu na znaczeniu i atrakcyjności. Od tego też w dużej mierze zależy miejsce Polski na mapie świata.

Zapraszam!

Łukasz Gos