Prawniczy startup

Bo każda prawnicza rodzina gdzieś się zaczyna!

(starożytna paremia chińska zasłyszana przez Ulpiana w barze portowym w Aleksandrii)
Z anim wymurujesz kancelarię, posadzisz drzewo i zaczniesz pobierać 500+ na przyszłych wspólnika, najpierw w Twojej głowie kiełkuje pomysł. Jest to sama główna idea, z której następnie wyłania się strategię obsługi — i zdobywania — klientów, jakiś nowy pomysł na usługi prawne, indywidualne wartości, którymi będzie się kierować kancelaria i cały ten powiew świeżego powietrza, który ma wnieść na rynek — a najlepiej cały tajfun, aby solidnie zatrząść nim w posadach. Idzie nowa krew!

To powiedziawszy, nie będzie łatwo. Na początek czeka Cię bitwa o wiele trudniejsza niż przed sądem, lecz i przyjemniejsza. Taka, do której nie przygotowały Cię studia prawnicze, a aplikacja też nie zawsze. Bitwa o klienta.

Aby podbić serca i umysły klientów, musisz im sprzedać ten swój pomysł, o którym mówiliśmy na początku. Zrobić tak, aby przyszli do Ciebie, a nie do kogoś, kto jest starszy, młodszy, ma lepszą fotką, gorszą, dłuższe CV, krótsze, bardziej interesujące hobby… czy po prostu niższe stawki.

Elevator pitch musisz opracować sam. Zresztą wszystko musisz wymyślić sam. Co nie znaczy, że nie możesz skorzystać z pomocy konsultantów, a przynajmniej posiedzieć trochę na blogach i przeczytać paru książek, aby ułatwić sobie wejście w bój.

Aby swój pomysł sprzedać klientom zagranicznym, potrzebujesz z kolei najczęściej tłumacza. Nawet jeśli myślisz, że nie, to i tak go potrzebujesz — a przynajmniej z nim będziesz mieć dużo więcej dział na pokładzie. Tyle że nie pierwszego z brzegu, lecz kogoś doświadczonego (mówiąc szczerze: Ty możesz być być kimś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę zawodową, ale Twój tłumacz już nie). To pozwoli Ci się wyróżnić. Przyciągnąć uwagę. Przebić się. Sprawić, aby ten właściwy klient wyłowił Cię z tłumu i zapamiętał.

Współpraca z doświadczonym tłumaczem na wczesnym etapie działalności nie jest strzelaniem z armaty do wróbla. Jest jedną z tych rzeczy, którą możesz robić lepiej niż część niereformowalnych starych wyjadaczy. Można też o tym myśleć jako o rodzaju akceleracji — przyspieszeniu rozwoju działalności.

Im wcześniej trafi do Ciebie pierwszy zagraniczny — czyli lepiej płacący — klient, tym lepiej. A potem drugi i trzeci (w oparciu o referencje od tego poprzedniego i tzw. word of mouth, czyli naturalny marketing szeptany, który sam robi się za Ciebie, jeśli usługi świadczysz tak dobrze, że klienci konwertują się na ambasadorów Twojej marki). Albo jeśli po prostu zwróci na Ciebie uwagę sieciówka, a może nawet renomowana kancelaria polska, bo one też ostatnio dają radę. Od tego zależy w końcu przyszłość klanu.

Nie opóźniaj swojego sukcesu. Pomiń fazę eksperymentowania z łamaną angielszczyzną niskobudżetowych firm polskich odległą od realnej, żywej angielszczyzny prawniczej jak przeciwległy biegun i z fantazją native speakerów rozumiejących z tekstu polskiego piąte przez dziesiąte. Zostaw to niereformowalnej konkurencji. Tej, którą chcesz przeskoczyć (bo lepiej uciec do przodu, niż kopać się z koniem).

J eżeli natomiast to nie jest Twoja pierwsza kancelaria, a tylko pierwsza tak naprawdę własna albo pierwsza po latach i w nieco innej rzeczywistości, bo np. odchodzisz z sieciówki po kilkunastu latach praktyki w dziale Energy, Real Estate czy po prostu Korpo, a może w sądzie albo prokuraturze, wówczas może Cię bardziej zainteresować podstrona o prawniczych butikach, czyli mikrofirmach wyspecjalizowanych i często bardzo już doświadczonych profesjonalistów.

Wciąż jednak masz do przejścia ten sam charakterystyczny etap wymyślania kancelarii — jej tożsamości, wartości (aksjologii), głosu, unikalnego charakteru, sposobu na życie i prawo i wszystkiego, co ją wyróżnia, a co musisz zakomunikować światu. Wiele rzeczy wygląda wówczas tak samo i w pewnym sensie jest to powrót do początków — tyle że nowych, kolejnych początków, z nieco innej perspektywy. Masz okazję wymyślić siebie na nowo, bogatszy o wszystkie te doświadczenia. A dodatkowo więcej środków, aby zrealizować swój pomysł.

Tym bardziej warto więc skorzystać przy tym z pomocy doświadczonego tłumacza specjalizującego się w prawie i prawnikach. Na nowy, lepszy początek bez powtarzania starych i cudzych błędów, takich jak współpraca z podmiotami oferującymi o 80% niższe kwalifikacje w zamiach za choćby o te 20% niższy koszt. Lepiej odwrócić Pareto i potraktować to jak inwestycję w akcelarację. W przypadku stosunkowo krótkich tekstów (kilka, a nie kilkadziesiąt stron) różnice w liczbach bezwzględnych są zresztą niewielkie.

Nie warto nakładać sobie bez sensu ograniczeń. Ja jestem tutaj po to, aby te ograniczenia pomóc Ci pokonać.

Jak wygląda współpraca?

Prosto. Dzwonisz, piszesz albo jedno i drugie. Zlecasz gotowy tekst (co jest prostsze niż kupienie kawy przez internet) albo omawiamy dłuższy temat.
Dłuższy temat omawiamy wtedy, kiedy czujesz potrzebę opowiedzieć mi więcej o swoich planach, nadziejach i różnych aspektach swojego pomysłu, które chcesz, aby w tym tekście wybrzmiały. A może chcesz tak po ludzku, zwyczajnie, powiedzieć mi, że ten tekst jest dla Ciebie ważny i dużo od niego zależy.
… Albo kiedy chcesz się dowiedzieć, czy coś w ogóle jest wykonalne, ile by kosztowało i jaki byłby termin, aby za jakiś czas podjąć decyzję. Niczego nie musisz robić od razu, a ja za miesiąc czy pół roku wciąż tutaj będę. Również jeśli zdecydujesz się w międzyczasie popracować w sieciówce, pojechać na zagraniczny staż, przyjąć ofertę w korporacji, a do startupu wrócić za kilka lat.
Nie musisz podpisywać żadnych długoterminowych umów, wykupywać pakietów ani abonamentów. Współpraca oznacza, że kontaktujesz się ze mną, kiedy mnie potrzebujesz. A kiedy nie, to nie. Wracasz do mnie dlatego, że chcesz, a nie dlatego, że musisz.
Zawsze tłumaczę dla Ciebie ja i nikt inny. Od początku do końca. Masz pewność, że Twój tekst nie trafi w mniej doświadczone ręce. I że otrzymasz go z powrotem na czas.
Stawki poznasz z góry, dzięki czemu moje wyceny będą dla Ciebie przewidywalne, a nawet będziesz w stanie oszacować koszt przed rozmową ze mną. Sam Ci powiem, w jaki sposób porównać go z kosztem konkurencji. Zanim zlecisz coś w droższym wariancie, dowiesz się ode mnie o innych możliwościach. Żadnych ukrytych opłat, dopłat itp.

A co właściwie mogę dla Ciebie zrobić?

  • Tłumaczenia.
  • Pisemne.
  • Angielski.
Łatwo zapamiętać. Ścisła specjalizacja. A co to będzie za tekst, to już zależy od Ciebie.
Na początek dobrze byłoby przetłumaczyć opis Twojego pomysłu i biogram na stronę internetową, pełne CV, od czasu do czasu list motywacyjny, jeśli weźmiesz udział w jakiejś rekrutacji, oferty dla pierwszych klientów, streszczenia, a może całe publikacje, wnioski grantowe, jeśli zajmujesz się również działalnością naukową. A później — życie pokaże.
Kiedy zacznie się potrzeba tłumaczenia umów, opinii prawnych, pism, a może zeznań — wtedy będziesz mieć już kontakt do doświadczonego tłumacza, który nie będzie hamował Twojego rozwoju zawodowego, w przeciwieństwie do koleżanek i kolegów, którzy w imię stosunkowo niewielkich oszczędności postawili na dużo słabsze oferty.
Z czasem to prawdopodobnie to Ty wcześniej niż oni wrócisz do mnie ze zleceniami typu arbitraże międzynarodowe, orzeczenia strasburskie, prospekty dla inwestorów, umowy na kilkadziesiąt stron i artykuły sponsorowane. Mam nadzieję, że będziesz wtedy o mnie pamiętać!
A ja będę cieszyć się z Twojego sukcesu.

Powodzenia!

I do zobaczenia.