Butik prawniczy

N ikt poza Tobą nie wie, ile Cię to kosztowało, ale masz w swoim życiu zawodowym wypracowaną równowagę między nim a pracą. Czasem zostajesz do 20-tej, ale na co dzień klienci czekają, aż odwieziesz dziecko do szkoły i wiedzą, że ten czas jest nienaruszalny. Jeśli nie jesteś z nimi po imieniu, to tylko dlatego, że „panie Zbigniewie”, „pani Anno”, przychodzi Wam bardziej naturalnie niż amerykańsko-młodzieżowe tykanie. Ich działalność znasz natomiast na wylot i od podszewki.

Sprawy ich podmiotów znasz równie dobrze jak członek rady nadzorczej, którym zresztą często jesteś. Czasem odbierasz ich pogubione życiowe pociechy z posterunków, spisujesz testamenty, dzielisz majątki i odfrankawiasz kredyty mieszkaniowe, mimo że specjalizację najczęściej masz zupełnie inną. Czego się nie robi dla swoich klientów, którzy są najważniejszym składnikiem Twojej kancelarii, bo umożliwiają to trudne połączenie sensownego stylu i sensownego trybu życia w prawniczym świecie.

W wolnych chwilach (gdy nie grasz z synem w piłkę i nie zawozisz córki na muzykę) zajmujesz się pracą naukową lub przynajmniej publicystyką branżową, niekoniecznie tylko w polskich pismach dla polskich czytelników. W końcu jesteś ekspertem o wyrobionym nazwisku na swoim polu.

Tę małą dostatnią stabilizację z dala (a przynajmniej na co dzień) od pierwszych stron gazet, mimo że wcale nierzadko zajmujesz się ważnymi sprawami ważnych osób. Niejeden partner z sieciówki skrycie Ci zazdrości, a coraz więcej „młodych wilków” pragnie iść raczej w Twoje ślady niż jego, bo trochę trudno jest billować 400 €/h z laptopem na OIOM-ie po drugim wylewie, a sześciocyfrowej emerytury trzeba najpierw dożyć.

Zapewne jesteś uznanym specjalistą w jednej, dwóch dziedzinach prawa — pierwszym nazwiskiem, które pada w odpowiedzi na pytanie typu „kto jest dobry na mieście w” — w najmach wielkopowierzchniowych, sprawach z wątkiem niemieckim/rosyjskim/czeskim, postępowaniach dyscyplinarnych w sporcie, odbijaniu sprzeciwów od rejestracji znaków towarowych czy w czym jeszcze udało Ci się wypracować solidną markę.

… A może jesteś po prostu najbardziej kompetentną osobą w promieniu 30 km od gmachu sądu/siedziby firmy, a klienci cenią Cię przede wszystkim za staranność i dyskrecję, pomysłowość i życiowy rozsądek? A teraz jesteś jedynym na rynku specjalistą od wszelkich spraw dotyczących tej konkretnie firmy, co wynika z faktu obsługiwania jej od 30 lat?

Tak czy owak podstawą Twojej działalności są relacje i reputacja — zaufanie wąskiego grona klientów, którzy z jakiegoś dobrego powodu Cię wybrali i nie mają ochoty tego zmieniać. Wysoki poziom usług, staranność, zaufanie, a jednocześnie bliskość i dostępność.

To nie jest żadna łatwa recepta na sukces, lecz ciężka praca, która z czasem przynosi owoce, a cały czas, jak ogród czy winnica, wymaga podlewania, przycinania i ogólnej pielęgnacji.

Dobierając tłumacza, trzeba zatem zwrócić uwagę, aby również była to osoba o jak najwyższych kwalifikacjach, bardziej niż kierować się zasadą „nie kariera, lecz chęć szczera”, dla drobnych oszczędności narażając własną reputację i relacje z klientami, nie mówiąc już o powodzeniu ich spraw — a przecież życzy się im dobrze. Z tej perspektywy na kwalifikacjach tłumacza nie warto oszczędzać, szczególnie jeśli ich koszt nie jest wygórowany (np. wzrost o 30% w przypadku osoby, która ma pełne studia prawnicze, a nie roczny kurs).

Jeszcze lepiej, jeśli tłumacz będzie przynajmniej w jakimś stopniu rozumiał specyfikę biznesu Twojego klienta i Twojej własnej działalności. Tym bardziej łatwiej porozumiesz się z tłumaczem, który też jest po studiach prawniczych (i nie zakończył edukacji na studiach magisterskich), popracował trochę w kancelarii i zupełnie inaczej rozumie prawników.

Mamy też jeszcze jedną cechę wspólną — nasze usługi, choć stoją na najwyższym poziomie, to jednocześnie z uwagi na mały rozmiar naszej działalności nie muszą kosztować fortuny. I dlatego są bardziej konkurencyjne cenowo niż koszt eksperta o porównywalnych kwalifikacjach wypożyczanego z sieciówki generującej olbrzymie koszty.

Amplituda wynagrodzeń wśród tłumaczy w zależności od poziomu kwalifikacji jest zresztą mniejsza niż wśród prawników. To zaś z pozycji prawnika warto wykorzystać i po prostu sięgnąć po tłumacza o takich kwalifikacjach, że będzie w stanie nadążyć za doświadczonym prawniczym specjalistą, a testowanie tanich ofert z Internetu zostawić innym.

A co jeśli świetnie znasz angielski? Wtedy tym bardziej docenisz jakość moich usług i stwierdzisz, że warto tłumaczenie wysłać do mnie, aby móc w tym czasie zająć się kolejną sprawą swojego klienta albo wyjść z dzieckiem na rower. Życie jest za krótkie i doba też jest za krótka, aby nawet świetnie zorganizowana osoba mogła zajmować się wszystkim.

Współpracując ze mną — albo inną podobną do mnie osobą (choć nie ma nas wiele i nawet w tak popularnym języku jak angielski trudno jest znaleźć kogokolwiek) — stawiasz na wartości, które Tobie również są drogie: fachowość, wiedzę, doświadczenie, terminowość, sensowne podejście i głębszy sens. A także szanujesz swój czas i sprawy swojego klienta. I jednocześnie z automatu wyróżniasz się pozytywnie na tle tej niskobudżetowej angielszczyzny, którą zalany jest rynek.

Co możesz mi zlecić?

  • Tylko tłumaczenie.
  • Tylko pisemne.
  • Tylko z angielskiego / na angielski.
Nie jestem firmą, której można powierzyć w jednym miejscu (tzw. one-stop shop) wszelkie usługi językowe dotyczące wszystkich języków świata — za co płaci się udziałem w loterii podwykonawców i współpracą z osobami znającymi się na wszystkim, czyli ceną, której chcę pomóc Ci uniknąć.

Jeśli potrzebujesz akurat właśnie tłumaczenia pisemnego z polskiego na angielski albo z angielskiego na polski, dzięki temu masz możliwość powierzenia go komuś, kto od 12 lat zajmuje się w 95% właśnie tym — i ze specjalizacją właśnie w prawie, popartą 14-toma latami studiów prawniczych, a nie krótkim kursem komercyjnym taśmowo produkującym „specjalistów” na użytek masowego rynku.

A jak wygląda współpraca?

  • Stawiasz przede wszystkim na twarde kwalifikacje, ale masz też prosty, rzeczowy i sympatyczny kontakt — zawsze bezpośrednio ze mną. Nie rozmawiasz ze sprzedawcami, obsługą klienta itd.
  • Tłumaczę również zawsze ja — od początku do końca. Bez loterii podwykonawców typowej dla tłumaczeń agencyjnych. I bez problemu „mistrza z uczniami”.
  • Terminowość i dogodne terminy — rozumiem, co oznaczają terminy procesowe i zawite.
  • W razie potrzeby tryb pilny (w tym samym dniu, z wieczora na rano itd.) z proporcjonalną skalą opłat.
  • Możesz zamówić tłumaczenie poświadczone — mam uprawnienia tłumacza przysięgłego.
  • Rozumiem łacinę — nie stanowi ona problemu. Jeśli w tłumaczeniu zmieniłem końcówkę, to znaczy, że poprawiłem błędną odmianę. (Tak, można zlecić tłumaczenie kawałka digestów, jakiejś kanonistyki czy starego wyroku, jeśli potrzeba do sprawy. Czasami zdarza się taki wątek humorystyczny, że tłumaczenie z polskiego na angielski polega na zastąpieniu jednego zwrotu łacińskiego innym).
  • Jestem tłumaczem, którego śmiało możesz polecić swojemu klientowi do spraw, którymi na co dzień zajmują się wewnętrzne działy jego firmy (prawny, compliance, kadr, ofertowy, zamówień itd.). To dużo ułatwia (również finansowo obydwu podmiotom), jeżeli kancelaria i jej klient mają tego samego tłumacza.

Jeżeli nie współpracujesz jeszcze z klientami niewładającymi językiem polskim

W arto się na taką możliwość otworzyć, bo coraz więcej podmiotów potrzebuje porady na temat prawa polskiego po angielsku. Nie tylko stosunkowo kłopotliwej reprezentacji za pośrednictwem tłumacza w sprawach drobnych (tym się zresztą nie zajmuję), lecz przede wszystkim eksperckiej opinii — po angielsku — na temat prawa polskiego.

Będąc ekspertem w określonej dziedzinie prawa warto mieć na stronie internetowej kancelarii po angielsku choćby życiorys (z badań wynika, że on jest dla klientów najbardziej interesujący), opis praktyki, opinie zadowolonych klientów, listę publikacji z być może strategicznie dobranymi paroma streszczeniami, a może kilka case studies z praktyki.

  • Koszt tłumaczenia obszernej opinii prawnej na angielski nie jest duży w porównaniu z wynagrodzeniem za jej sporządzenie po polsku (np. opinia na 10.000 słów może kosztować 20 tys. zł, a tłumaczenie 2000).
  • Koszt tłumaczenia biogramu, streszczenia akademickiego, krótkiego opisu praktyki, typowego mejla itp. rzadko przekracza 100 zł.
  • W przypadku kilku, kilkunastostronicowej umowy, dłuższego CV, krótszej opinii, zwięzłego statutu bądź innego podobnej objętości dokumentu jest to przedział kilkuset złotych.
  • Obszerny artykuł, rozdział monografii, dłuższa opinia, obszerniejszy statut, dłuższa korporacyjna umowa, typowy wyrok strasburski itp. to z reguły kwestia 1000–2000 zł.
  • Kilkutysięczne koszty generują tłumaczenia całych ustaw, obszernych raportów rządowych i międzynarodowych, całych teczek akt, kazuistycznych prospektów emisyjnych, całych pakietów umów, szczegółowych SIWZ-ów z wieloma załącznikami itp. Czyli „cegieł”. Ten koszt wynika po prostu z ich objętości, która przekłada się na czas pracy.

Daj się znaleźć!