Sieciówka

W Twoim przypadku nie mówimy o otworzeniu się na klientów zagranicznych jako szansie na rozwój. Ty już pracujesz z klientami zagranicznymi — i być może głównie z nimi, bo kogo w Polsce stać na Twoje stawki? Twoi prawnicy — „asosjeci”, „kałnsele” i „partnerzy” wspomagani przez małą armię paralegali, asystentek, informatyków i innych „supportów” — często są dwujęzyczni. Operują kejsami, asapami i fakapami lepiej niż 90% Mordoru na Domaniewskiej, a po klejmy, ałardy i ordery biegną do fajlowni, bo przed chwilą mieli kola, że czegoś brakuje z masterczeklisty załączników do arbitrażu. Momentami nawet informatyk „kontektujący się z hostem i łejtujący na riplej” by się zarumienił.

Jeżeli warszawskie czy krakowskie biuro jest odpowiednio duże, może znajdować się w nim kilka „desków”, których lista przypomina zestaw szkół prawa obcego na dużej polskiej uczelni (które Twoja kancelaria zapewne sponsoruje i na stronie szkoły wisi jej logo patronackie).

… Jednak angielski to oczywiście coś więcej niż desk. Duża część Twojej pracy to przecież komunikowanie się po angielsku z klientami, dla których to też nie jest język ojczysty, na temat tego, co się z ich sprawami dzieje w Polsce, a nawet ze sprawami ich polskich spółek zależnych rozgrywającymi się jeszcze gdzie indziej.

Dodatkową charakterystyczną cechą jest to, że teksty do tłumaczenia są często obszerne i często potrzebujesz ich „na już”. W niektórych działach — wrażliwi niech zatkają uszy — ilość tekstu wynosi „od zarąbania”, a termin „na wczoraj, a najlepiej w zeszłym tygodniu”. Jednocześnie poziom trudności jest wysoki, a wymagania duże. Gra toczy się przecież o duże stawki.

Potrzebujesz tłumacza, który nadąży za Twoimi prawnikami, którzy mają inne zadania i nie mogą siedzieć i tłumaczyć wyroków ani po skończeniu pisma, opinii czy dłuższej umowy — siedzieć i tłumaczyć tego z polskiego na angielski albo odwrotnie. Czekają na nich kolejne rzeczy do zrealizowania, a czasu z reguły jest mało. Nawet oni muszą też kiedyś, czasem, spać. Mają też z reguły inne plany rozwoju zawodowego i nie tłumaczeniem chcieliby się zajmować (w odróżnieniu od tej garstki absolwentów prawa, która postanowiła zająć się właśnie tym).

Współpraca z przeciętnymi tłumaczami w Twoim przypadku oczywiście (choć dla niektórych niestety nie jest to oczywiste, a przynajmniej na początku takiej współpracy) w ogóle mijałaby się z celem, bo Twoi prawnicy i tak poradziliby sobie lepiej — tylko że nie mogą się rozdwoić, a ich wykorzystanie do tłumaczeń nie jest optymalne — ani z punktu widzenia celowości ich czasu pracy, ani z punktu widzenia jakości tłumaczeń, jaką można mieć za te same, a nawet dużo mniejsze pieniądze.

Trudno bowiem obronić przed klientem „billowanie” 300 euro za godzinę pracy doświadczonego prawnika opisaną jako „translation”, gdy za tłumacza wewnętrznego kancelaria bierze niewiele powyżej 100, czyli mniej więcej tyle, ile za bardzo początkujących prawników.

W moim przypadku poziom tłumaczeń jest taki, jak gdybyś wziął takiego właśnie młodziutkiego „asosjeta” i kazał mu przez 12 lat siedzieć i tłumaczyć wyroki, pisma, raporty, wnioski, apelacje, mejle do klientów, oferty usług kancelarii, biogramy, artykuły (naukowe i komercyjne) i co się tylko da — i nie robić nic innego, zdobywając doświadczenie tylko w tym. Zresztą mniej więcej tak właśnie wyglądała moja droga zawodowa.

Jednocześnie koszty wynikające z moich faktur — które będziesz refakturować na klienta — z reguły nie zbliżają się nawet do kwot wynikających z godzinówek rzędu 100–200 euro. W ten sposób możesz zracjonalizować koszty dla klienta, zmniejszyć jego apetyt na inne cięcia oraz wywieraną na Twoje własne billingi presję finansową.

Jak wygląda współpraca?

W dużej mierze zależy to od Ciebie. Jedną bowiem z najważniejszych rzeczy, jaką mogę Ci zaoferować jako freelancer, jest elastyczność.
Dwie korporacje często ścierają się jak płyty tektonicznie. U freelancera jednak nie ma red tejpu, polityk ani procedur.
  • Mało zasad.
  • Brak procedur.
  • Jasność i prostota.
  • Możliwość tłumaczeń ekspresowych (także obszernych).
  • I zrozumienie Twojego systemu pracy, Twojego sposobu życia i Twoich potrzeb.
  • … A także Twoich klientów. Usługi na rzecz podobnych im firm świadczę również w sytuacjach związanych z pracą ich działów wewnętrznych, w tym pionów biznesowych (nie tylko dep. prawnego, compliance i kadr).
A przede wszystkim zawsze tłumaczę dla Ciebie ja i nikt inny. Nie grasz w agencyjną ruletkę i nie masz do czynienia z mistrzem posługującym się uczniami.
Wąska specjalizacja. Szeroka perspektywa.

A co właściwie dla Ciebie robię?

  • Tylko tłumaczenia.
  • Tylko pisemne.
  • Tylko angielski.
Łatwo zapamiętać. Ścisła specjalizacja.
Rzeczywiście nie uzyskasz u mnie tłumaczenia ustnego ani tłumaczenia np. na francuski. (Nawet w formie pośrednictwa). Od tych rzeczy masz innych ludzi — lepszych w tym, co robią.
Jeżeli jednak potrzebujesz właśnie tłumaczenia tekstu z angielskiego na polski lub z polskiego na angielski, dzięki tej ścisłej specjalizacji możesz je powierzyć osobie, która od 12 lat robi w 95% tylko to.
Dodatkowo pamiętajmy o specjalizacji tematycznej i podmiotowej — prawo, biznes, władze.
Wąska specjalizacja, ale szeroka perspektywa — moje doświadczenie obejmuje prawie wszystkie dziedziny prawa i sektory gospodarki (oraz innej działalności publicznej).
Przy czym jest to doświadczenie w tłumaczeniu tekstu z angielskiego i na angielski.